czwartek, 14 czerwca 2018

Historie sypialne - jak restaurowaliśmy stare łóżko

Wygodne łóżko to z pewnością jeden z najbardziej ulubionych mebli w każdym domu.  Po całym dniu wypełnionym różnymi aktywnościami przyjemnie jest wyciągnąć się na pachnącej pościeli i poczytać książkę, przemyśleć plany na następny dzień albo zasnąć zaraz po przyłożeniu głowy do poduszki (to chyba zdarza mi się najczęściej). Na siedlisku mamy kilka łóżek dla naszej rodzinki, ale że znajomi lubią do nas wpadać w gości gromadnie to i każde kolejne szybko znajduje swój kącik.  To o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć ma za sobą długą historię i co najważniejsze zakończoną happy ened-em.


Kiedy moja babcia pod koniec życia wyprowadzała się ze swojego mieszkania dostałam od niej niełatwe zadanie zabrania lub wyrzucenia tego co w nim jeszcze zostało. Trudność była i emocjonalna, bo z tym miejscem wiązało się wiele moich wspomnień z dzieciństwa i fizyczna, bo znoszenie z drugiego piętra i taszczenie do śmietnika np. PRLowskich mebli kuchennych z rozpuchniętej ale ciężkiej płyty meblowej to była niezła "siłka". Podczas któregoś z licznych tego dnia kursów góra-dół zaczepiła mnie sąsiadka - Agnieszko, a nie zajrzałabyś do mojej piwnicy?  Chętnie bym się pozbyła łóżka, które tam od ponad dwudziestu lat zalega.
Jak się łatwo domyślić, zajrzałam.
Zabrałam nie tylko łóżko (a w zasadzie część łoża małżeńskiego) ale i szafkę nocną z tego samego kompletu i sporą bieliźniarkę. Zakurzone straszliwie, ale w naprawdę dobrym stanie.

Na siedlisku umyliśmy piwniczny komplecik i na jednym z elementów znaleźliśmy datę produkcji - wrzesień 1932 rok!  Michał odrdzewił wszystkie metalowe elementy, podkleił fornir w miejscach gdzie został naderwany i wyszlifował poszczególne elementy.





Lubię przemalowywać meble i dekoracje, ale w przypadku takich świetnie zachowanych "staruszków" najzwyczajniej w świecie nie mam serca ich zmieniać. I nie przeszkadzają mi rysy, wgłębienia czy ślady użytkowania, bo to przecież historia ludzi, którzy przez lata się tymi meblami posługiwali. Z szacunku dla wieku łóżka i dla kunsztu przedwojennych rzemieślników postanowiłam, że po prostu użyję tradycyjnego, bezrozpuszczalnikowego wosku do zabezpieczenia.  Zobaczcie jak pięknie podkreślił walory drewna:




Lubię pracę z tym woskiem, bo rozprowadza się bardzo łatwo, a podczas pracy przyjemnie pachnie woskiem pszczelim i olejem lnianym. Nie ma w nim rozpuszczalnika, więc 100% tego co puszce mam potem na meblu. Co prawda schnie dłużej niż woski z beznyną, naftą czy terpentyną, ale przecież nam się nigdzie nie spieszy!




Łóżko stanęło na razie w warsztacie, w towarzystwie szafki, która dopiero czeka na swoją kolej do sklejania i konserwacji. Musimy zamówić dopasowany materac - dawniej ludzie byli "niskopienni" :)




3 komentarze:

  1. No i dobrze, że ą takie osoby. Inni, by wywalili, a ty zrobiłaś na opak, wzięłaś. No i proszę, jak pięknie się prezentuje, drewno wygląda bardzo interesująco. Szafeczka również bardzo urocza. :) Pozdrawiam serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. łóżko wyszło cudne. Piękna pamiątka po przodkach. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniale, że uratowaliście te meble. Ja nie mogę odżałować mebli po babci, jestem na siebie wściekła, że zwlekałam z zabraniem ich.
    Pozdrowionka :)

    OdpowiedzUsuń