piątek, 14 września 2018

Ręce do góry, to jest najazd!

Oj działo, się działo! Gościliśmy na siedlisku pozytywnie zakręconą grupę "odnawiaczy" mebli.
Przez dwa dni z zapałem zdobywali wiedzę na temat różnych technik zdobniczych, preparatów do drewna i plecenia sznurków. Oni świetnie się bawili a my testowaliśmy jak nasza chałupa przetrwa pobyt kilkudziesięciu osób na raz. Wygląda na to, że całkiem nieźle!

Przestrzeń, która na co dzień służy za miejsce pobytu dla kilku osób:






teraz stałą się wielką sypialnią:


Było prawie jak na letniej kolonii.
Stoły wylądowały pod altankami, które służyły także za miejsce do lekcji makramy:



Pomalowane zieloną olejobejcą Painteco palety służyły za ogniskowe ławki.


A przestrzeń naszego warsztatu posłużyła za miejsce do nauki, którą prowadziła kadra niezwykle sympatycznych instruktorów.



Tyle pozytywnej energii! Mam nadzieję, że za rok zlotowicze do nas wrócą :)

piątek, 13 lipca 2018

Lipcowe lenistwo w wiejskim klimacie

Leniuchowanie - oj, ale mi się marzy! Zawsze zakładam, że tym razem palcem niczego nie tknę tylko sobie poleżę na hamaku, leżaku, kocyku.... Wytrzymuję pół godziny maksymalnie, po czym zaraz mi wpada w ręce coś do roboty. No bo jak ja mam leniuchować skoro obok kuszą dojrzałe porzeczki, albo pies trąca nosem sugerując spacer?  Dzieciaki chwilę wcześniej oderwane od książek pytają: robimy coś?  No to robimy! Ja piekę ciasto z porzeczkami a one w tym czasie malują drogowskazy.



Pierwsze stają przed domem. Kolejne staną w sadzie i przy drodze. Kosić trzeba, bo chwasty rosną na potęgę!





Pogoda zachęca do spacerów, więc spacerujemy. To nasza łąka:




W sam raz do spacerów, prawda? 
No i jak ja mam leniuchować?


 

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Więcej, więcej...

Pokaż więcej proszą znajomi zaglądający na siedliskowego bloga. Ale więcej czego? - pytam. Wszystkiego! - odpowiadają.
No dobrze, niech Wam będzie :)



Ciągle jadamy przy stole ogrodowym, bo stół jadalniany "się robi". Ostatnio nad stołem zawisł świecznik zrobiony ze starego żyrandola. Ot taki wielkopański dodatek do wiejskiej chałupy :)



Przestrzeń mieszalną stanowi jedno duże pomieszczenie. Tu jemy, odpoczywamy, śpimy. Nie da się zamknąć z tabletem albo telefonem w swoim pokoju i zatrzasnąć drzwi przed resztą rodziny. Jedyne drzwi prowadzą na dwór lub do łazienki.


Mała kuchnia pod skosem dachu schroniła się za kominem. Trudno tu nawet zrobić zdjęcie, bo nie ma jak nabrać perspektywy.



Za to na zewnątrz krajobraz w sam raz do fotografowania.




No i przez cały sezon jest co podjadać prosto z drzewa lub krzaczka. Niedawno skończyliśmy zbiór czereśni.



A dla tych, co lubią wiejską siłkę zawsze znajdzie się jakaś praca. Teraz zbieramy polne kamienie do wybrukowania placyku obok budynku. Jacyś chętni do pomocy?




piątek, 15 czerwca 2018

Zajac zwany Ignacym

Mieszka nieopodal, odwiedza nas co rano i coraz mniej się nas boi - Ignacy Zając. Jeśli kiedyś wpadniemy na pomysł herbu czy logotypu siedliska na pewno się w nim znajdzie. Niepozorny szarak znany jest w naszej rodzinie z brawurowych akcji typu: wypadam znienacka z krzaków przy studni, potem szybkim skrętem w prawo omijam nogi idącego przez podwórko gospodarza, przebiegam tuż pod nosem śpiącemu psu, wpadam pod stół ogrodowy muskając nogi siedzącej przy nim  gospodyni i znikam w trawie na łące. A wszystko to w tempie godnym Strusia Pędziwiatra z kreskówki. No i jak go nie podziwiać?  Skradł nasze serca tak umiejętnie, że zaczęliśmy zbierać różne przedmioty codziennego użytku z podobizną zająca. Niezła kolekcja nam się zapowiada.
Gotowi na przegląd zajęczych gadżetów? No to zaczynamy:


Ceramiczna figurka to jeden z pierwszych zajęczych nabytków. Uroczo obdrapana i postarzana, pasuje do wiejskich klimatów.


Maselniczka, stały towarzysz naszych śniadań. Wyszukana na Allegro.


Stareńka zabawka do ciągnięcia na sznurku. U nas wyłącznie w charakterze ozdoby.


Holenderska deska - podstawka pod gorące naczynia. Rzadko obecnie używana, bo zastąpiła ją ta:


Ciągle mnie zastanawia, czemu te zające mają takie długie stopy?


A to uroczy komplecik z czasów kiedy istniało DDR. W sam raz na poranną kawę na tarasie, skąd widać Ignacową łąkę.


Kto dostrzega na fotce Ignacego we własnej zajęczej osobie?

czwartek, 14 czerwca 2018

Historie sypialne - jak restaurowaliśmy stare łóżko

Wygodne łóżko to z pewnością jeden z najbardziej ulubionych mebli w każdym domu.  Po całym dniu wypełnionym różnymi aktywnościami przyjemnie jest wyciągnąć się na pachnącej pościeli i poczytać książkę, przemyśleć plany na następny dzień albo zasnąć zaraz po przyłożeniu głowy do poduszki (to chyba zdarza mi się najczęściej). Na siedlisku mamy kilka łóżek dla naszej rodzinki, ale że znajomi lubią do nas wpadać w gości gromadnie to i każde kolejne szybko znajduje swój kącik.  To o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć ma za sobą długą historię i co najważniejsze zakończoną happy ened-em.


Kiedy moja babcia pod koniec życia wyprowadzała się ze swojego mieszkania dostałam od niej niełatwe zadanie zabrania lub wyrzucenia tego co w nim jeszcze zostało. Trudność była i emocjonalna, bo z tym miejscem wiązało się wiele moich wspomnień z dzieciństwa i fizyczna, bo znoszenie z drugiego piętra i taszczenie do śmietnika np. PRLowskich mebli kuchennych z rozpuchniętej ale ciężkiej płyty meblowej to była niezła "siłka". Podczas któregoś z licznych tego dnia kursów góra-dół zaczepiła mnie sąsiadka - Agnieszko, a nie zajrzałabyś do mojej piwnicy?  Chętnie bym się pozbyła łóżka, które tam od ponad dwudziestu lat zalega.
Jak się łatwo domyślić, zajrzałam.
Zabrałam nie tylko łóżko (a w zasadzie część łoża małżeńskiego) ale i szafkę nocną z tego samego kompletu i sporą bieliźniarkę. Zakurzone straszliwie, ale w naprawdę dobrym stanie.

Na siedlisku umyliśmy piwniczny komplecik i na jednym z elementów znaleźliśmy datę produkcji - wrzesień 1932 rok!  Michał odrdzewił wszystkie metalowe elementy, podkleił fornir w miejscach gdzie został naderwany i wyszlifował poszczególne elementy.





Lubię przemalowywać meble i dekoracje, ale w przypadku takich świetnie zachowanych "staruszków" najzwyczajniej w świecie nie mam serca ich zmieniać. I nie przeszkadzają mi rysy, wgłębienia czy ślady użytkowania, bo to przecież historia ludzi, którzy przez lata się tymi meblami posługiwali. Z szacunku dla wieku łóżka i dla kunsztu przedwojennych rzemieślników postanowiłam, że po prostu użyję tradycyjnego, bezrozpuszczalnikowego wosku do zabezpieczenia.  Zobaczcie jak pięknie podkreślił walory drewna:




Lubię pracę z tym woskiem, bo rozprowadza się bardzo łatwo, a podczas pracy przyjemnie pachnie woskiem pszczelim i olejem lnianym. Nie ma w nim rozpuszczalnika, więc 100% tego co puszce mam potem na meblu. Co prawda schnie dłużej niż woski z beznyną, naftą czy terpentyną, ale przecież nam się nigdzie nie spieszy!




Łóżko stanęło na razie w warsztacie, w towarzystwie szafki, która dopiero czeka na swoją kolej do sklejania i konserwacji. Musimy zamówić dopasowany materac - dawniej ludzie byli "niskopienni" :)