poniedziałek, 17 października 2016

Czas złotych liści nastał niepostrzeżenie

Jesień kojarzy mi się niezmiennie ze słońcem przebijającym przez rudawe liście.  Z pachnącymi jabłkami w koszyku, astrami na grządkach i grzybach suszących się na sznurku nad piecem. Grzybów w tym roku nazbieraliśmy niewiele, za to ślimaki i robaki objadły się nimi za wszystkie czasy. Trudno, niech im będzie...




Kiedy byłam małą dziewczynką jesienią zrywałam całymi garściami jesienne marcinki wyglądające bezczelnie zza sąsiedzkiego płotu na polną drogę. Rozsiewały się co roku dalej i dalej w stronę ciemniejącego na horyzoncie lasu. Rano, kiedy szłam do sklepu ledwo było je widać w porannej mgle, ale po południu pyszniły się dziesiątkami drobnych kwiatuszków i zwabiały do siebie ostatnie owady krążące jeszcze po wsi. Na siedlisku marcinków nie ma. Muszę koniecznie posadzić jakąś kępkę w ogrodzie. O tej porze roku kwitną za to niestrudzenie rozchodniki.


Jeśli pozwolicie zabiorę Was na chwilę na fotograficzny spacer po wsi. Prawda że jesień wcale nie musi być smutna?














niedziela, 11 września 2016

Raz słońce, raz deszcz

Lato ma się powoli ku końcowi, jabłka w sadzie dojrzały i jeżyny kuszą z krzaczków. Pola dookoła siedliska pustoszeją, a wieczory nadchodzą szybciej niż kilka tygodni temu. No i ta pogoda: raz słonce, raz deszcz. Nic tylko wtulić się w miękką kanapę z ciekawą książką i kubkiem kawy.



Zadaszony taras przy wejściu to doskonały punkt obserwacyjny na okolicę. Pozwala schronić się i przed słońcem i przed deszczem.  A widok roztacza się stąd piękny niezależnie od pory roku.





Kiedy nie pada zbieramy owoce.  Jabłka zimują potem w słoikach jako mus z cynamonem, a czarny bez zamienia się w sok.





Fajna ta nasza wieś :)

wtorek, 9 sierpnia 2016

Spacerem po łąkach

Nie samym remontem człowiek żyje. Czasem po prostu ma się ochotę pokręcić po okolicy, sprawdzić co słychać za miedzą albo czy woda w stawie nadal pokryta rzęsą. I czasem na taki spacer zabieramy aparat fotograficzny. Fajnie zimą pooglądać fotki z wiosny, albo po kilku latach odkryć, że drzewa tak bardzo się rozrosły. Zabieram Was więc na włóczęgę po polach i łąkach otaczających siedlisko. Gotowi? Na to ruszamy!


Samotne drzewa na miedzach to uroczy widok i dość często spotykany. To zwykle jabłonie i śliwy, pięknie kwitnące wiosną.




Klikając w ostatnie zdjęcie  możecie je powiększyć i jeśli dobrze się przyjrzycie zobaczycie w tym stadzie krów nietypową, czarno-białą, ale dwunożną sztukę :)


Na końcu naszych łąk znajdziecie staw. Zarośnięty rzęsą, otoczony krzewami, z licznymi ścieżkami, którymi leśne zwierzęta chodzą do wodopoju.  


Jeśli stojąc nad stawem spojrzycie nad linią drzew, na wzgórzu dostrzeżecie dach starej obory w naszym siedlisku. 
Wracając zrywamy polne kwiaty do wiejskich bukietów.



Jeden bukiet postawimy na swoim stole, drugi zostawimy pod przydrożnym krzyżem.


poniedziałek, 25 lipca 2016

Blisko, coraz bliżej…



Nareszcie widać efekty naszej pracy. Siedlisko nabiera realnych kształtów, a my kończymy poszczególne etapy zaplanowanych robót.  Podłoga na górze położona i zaolejowana, łazienka wreszcie działa i można się wykąpać w ciepłej wodzie. Co prawda wanna jeszcze nie obłożona kafelkami, ale  wkrótce i to się zmieni. Meble w kuchni postanowiliśmy zmontować na bazie ikeowskich obudów.  Fronty i blaty zrobimy sami.  





Zamiast wiszących szafek  będą otwarte półki.  Jak większość naszych mebli też wykombinowane niewielkim kosztem.  Udało mi się kupić okazyjnie na aukcji internetowej kilka półeczek z ekspozycji. Mają ozdobnie sfrezowane brzegi i są wykonane w 100% z drewna. Ich jedyną wadą było to, że zżółkły od słońca i widać było gdzie stały na nich jakieś przedmioty lub była przyklejona kartka z opisem.  


Mnie to w ogóle nie przeszkadzało, bo i tak zamierzałam je pomalować.  Użyłam tradycyjnej farby  olejnej Allback w kolorze ciemnej zieleni. Tym samym kolorem pomalowałam wcześniej nogi kuchennego stołu.  Oryginalne podpórki półek nie zachwycały, więc szukam innych, metalowych. Tymczasem farba spokojnie dosycha.



Praca wre, każdy w coś się angażuje,  jedynie nasza suczka leniuchuje na całego. Czasami mam wrażenie, że mamy jedynie pół psa,  bo reszta zwierza notorycznie leży schowana pod schodami lub pod samochodem.  


"Okoliczności przyrody" sprzyjają odpoczynkowi, więc trudno się jej dziwić :)


 

środa, 20 lipca 2016

Podłoga (prawie) gotowa!



Marzyła mi się taka ze starych desek. Najlepiej jeszcze o nierównej szerokości i długości. Niestety, kupno takiej nowej, wyglądającej na starą to drenaż portfela, a po starą rozbiórkową musielibyśmy jechać na drugi koniec Polski. Stanęło więc na równych deseczkach kładzionych na zakładkę. 



Chcieliśmy je ułożyć sami.  Wpaść na wydłużony weekend i wziąć się ostro do pracy. Życie jak zwykle zweryfikowało ambitne plany i kilka weekendów pod rząd mieliśmy całkowicie zajętych zupełnie innymi ważnymi sprawami. W końcu zleciliśmy ekipie położenie podłogi z zastrzeżeniem, że wykończymy ją samodzielnie. Podłoga wyszła całkiem fajnie. Panowie, którzy ją układali lekko przeszlifowali miejsca łączenia krawędzi desek, ale nie cyklinowali całości. Zaczęliśmy od poprawek szlifowania. Cykliniarką z pewnością byłoby szybciej i lepiej, sęk w tym że na wsi to sprzęt ciężki do wypożyczenia.  Jak się nie ma co się lubi….



Po zebraniu pyłu w ruch poszedł olej do podłóg. Wybraliśmy olej lniany z dodatkiem naturalnej żywicy, bez rozpuszczalników.  Nakładaliśmy go pędzlem,  co jak się wydaje jest jedną z bardziej  pracochłonnych ale i najbardziej efektywnych metod. Co prawda wałkiem lub gąbkowym mopem byłoby szybciej ale pędzel pozwala dobrze wetrzeć olej w pory drewna, zakamarki i wszelkie zagłębienia. 




Po ok 20 minutach zebraliśmy nadmiar oleju. Miał nam do tego posłużyć płaski mop, ale został w domu.  Poradziliśmy więc sobie szmatami na miotle i papierowym ręcznikiem. Zebranie nadmiaru oleju to bardzo ważna czynność. Najczęstszym błędem przy olejowaniu jest nanoszenie zbyt grubej warstwy. Taka podłoga długi czas lepi się i jest znacznie bardziej podatna na uszkodzenie, bo olej znacznie wolniej się wtedy utwardza. 


Podłoga po olejowaniu jest miła w dotyku, gładka i zabezpieczona. Słoje drewna stały się lepiej widoczne. Do pełnego procesu potrzebne jest jednak jeszcze polerowanie. Parkieciarze wykonują je maszyną z odpowiednim padem, u nas w ruch poszła znów szlifierka z odpowiednim krążkiem. 



Polerowanie wygładza powierzchnię i pozwala jej na szybsze utwardzenie się. Następnego dnia powtórzyliśmy olejowanie i polerowanie. Druga warstwa znacznie mniej się wchłania, więc ścieranie nadmiaru zajęło nam nieco więcej czasu.  I tu mała dygresja na temat ostrzeżeń dot. bezpieczeństwa. Na każdym produkcie bazującym na oleju lnianym znajdziecie informację, że szmaty nasączone olejem mogą ulec samozapłonowi i że należy je przepłukać wodą a następnie wysuszyć. Nie należy tych napisów ignorować! To prawda. I wcale nie trzeba do tego słonecznej pogody czy wysokiej temperatury. Drugiego dnia (a w zasadzie pochmurnego, deszczowego wieczoru)  zostawiliśmy zwinięte, mocno nasiąknięte olejm szmaty do przepłukania jak już skończymy polerowanie.  Dobrze, że nie postały sobie dłużej, bo po rozwinięciu gorącego zawiniątka wyglądały tak:


Podłoga się utwardza, a my zastanawiamy się czy zmienić jej lekko kolor woskiem.